MOLOCH

 

Z cyklu Uwagi nowohuckie

 

 

Kraków i Nowa Huta – Sodoma z Gomorą

Z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem

(Marcin Świetlicki, Opluty)

 

O ile dobrze pamiętam, mieszkając w Krakowie w latach 1998-2004, raz tylko czy dwa trafiłem do Nowej Huty. Dzielnicy, a może osobnego miasta. I to raczej „nadrabiając” miasto jako scenografię Człowieka z marmuru. Andrzeja Wajdy niż wiedziony poznawczą ciekawości tego co jest esencją tego miejsca, jego unikatowością czy osobnością. Sprawę nadrobiłem dopiero chwilę później.

Tamten niechętny mój stosunek był niewątpliwie efektem wpływu jaki niosła nowa, kolejna propaganda wczesnej fazy polskiego kapitalizmu, w której Nowa Huta była jednym z przejawów „komunistycznej nieudolności” i „komunistycznej opresji” jednocześnie. Z kolei heroiczną kartą miała być historia budowy nowohuckiego kościoła czy mszy polowych.

W stosunku do Nowej Huty ukuto również mentalną kliszę – stereotyp. Spopularyzowany w Polsce za sprawą filozofa ks. Józefa Tischnera termin Aleksandra Zinowjewa homo sovieticus (człowiek radziecki) określał człowieka uzależnionego od pomocy państwa, niezdolnego do samodzielnego działania, pozbawionego zdolności kreacyjnych. Ukąszony nyłem wówczas tym schematem. W latach 90. termin ten świetnie wpisywał się w modernizacyjną narrację, która gloryfikowała ponad inne wartości logikę ekonomii neoliberalnej. Dziś widzimy postępujące efekty tamtego turbokapitalistycznego wyścigu, który w wielu miejscach pozostawił dramatyczne dziedzictwo regionów A i B – różnych kategorii i możliwości.

Sensem każdego myślenia jest jego przechodzenie. „Siedzenie jest właśnie grzechem przeciw duchowi świętemu. Jeno wychodzone myśli są coś warte” (Nietzsche, Zdania i groty). Miasto trzeba przechodzić. Tysiące kilometrów przemierzonych przez fotografów Henryka Makarewicza i Wiktora Pentala.

Podobnie trzeba czasem „pisać stopą”:

„Nie tylko ręka do pisania skora –

Stopa też chce się mieć za współautora

I śmiało, swobodnie, a wiernie bieży

Już to przez pole. Już to po papierze” (Nietzsche, Rymy niemieckie [w:] Wiedza radosna)

Później wróciłem do Nowej Huty wiedziony już innym celem. Na wydarzenia i wystawę Futuryzm Miast Przemysłowych, niektóre spektakle w Teatrze Łaźnia Nowa. Symptomatyczne, że właśnie w Nowej Hucie, w danym kinie Światowid, zorganizowałem pierwszą wystawę w Polsce o kosztach społecznych w Polsce po 1989 roku. W mieście pracy… po rozpadzie jej autorytetu, o czym piszę szerzej w tekście uwagach dotyczących zagadnienia pracy.

Teraz okazją staje się ogromna spuścizna miasta w fotografiach Henryka Makarewicza i Wiktora Pentala. To wcale nieoczywiste, dysponować takim archiwum. Niewiele miast posiada taką ikonografię i zasób informacji wizualnej jak Nowa Huta.

„Lektura” patrzenia na nie, skłania jednak nie tyle do samego opisu (w przypadku fotografii to jak z tłumaczeniem dowcipu), analizy i ewentualnej interpretacji. Bazując na materiale warto skupić się na komponentach samego miasta, miejskości, do których nas oglądanie prowadzi, skłania do myślenia. „Wmyślania” tych pojęć w miasto. Z perspektywy teraźniejszości. A niekoniecznie tylko fantazji o przeszłości, do której wyprawa jest tylko hipotezą tego „jak było”.

Struktura miasta, podobnie jak struktura tekstu pozornie domaga się całości. To iluzja. Wszelkie twory są palimpsestowe, są poskładanymi okruchami całości niemożliwej do ogarnięcia.

A jak wyglądałyby, z czego składałyby się, nowohuckie pasaże?

***

W pierwszych latach powstawania miasta, Nowa Huta była / miała być dynamicznym tworem zwycięstwa ideologii. Pamiętajmy jednak, że wszystkie miasta miały jakieś ideologie, które je wyznaczały. Jak pisał Bronisław Baczko w Wyobrażeniach społecznych: „Każde miasto jest, między innymi, projekcją marzeń społecznych w przestrzeni”.

Miasto kształtowała masa – idący pochód przyszłych zwycięzców. Zakładników (wszak to zakłady pracy), przodowników – pracoholików komunizmu.

Idąca masa tej idei jest jednakże równoległa do dzisiejszych przodowników kapitalizmu – pracoholików.

Moloch był semickim Bogiem, przerażającym i nienasyconym, domagającym się ofiar. Na etapie dziejów stało się też synonimem miasta.

Miasto jako moloch ludzi.

Motorem napędowym była przecież „Miasto – masa – maszyna”, z priorytetem użyteczności. Czy istnieje miasto idealne? Czym jest dziś miasto?

Są miasta wyobrażone, zmyślone i rzeczywiste. Telluryczne inferna i ziemskie arkadie. Miasta powietrza i miasta zaduchu. Miasta-porty, przystanie i prowincje. Metropolie, parki tematyczne i zapadłe dziury. Jest też wiele obrazów miast i wiele metod rejestracji.

„To, co istnieje gdzie indziej, jest odwróconym zwierciadłem. Podróżnik rozpoznaje tę cząstkę, która należy do niego, odkrywając ogrom tego, czego nie miał i mieć nie będzie” (Italo Calvino, Niewidzialne miasta).

Jedne obrazy miast powstają w gorączce, stanowiąc zapis kompulsywnej fascynacji, a później są starannie selekcjonowane. Inne metodycznie katalogują z góry przyjęty fragment życia. Ostatecznie wszystkie są względne i obrazujące nie tyle spójny wizerunek, co kierunek myśli autora, bo „każdy człowiek nosi w umyśle miasto złożone z samych różnic, miasto bez figur i bez kształtu, zapełniane przez poszczególne miasta” (Italo Calvino). Jak w przypadku każdego inne miasta na świecie, jego mieszkańcy są przekonani o wyjątkowości i możliwe, że byliby gotowi bronić swego zdania. Genius loci. Podobnie w Nowej Hucie. Choć zapewne, jak mawiał Marek Hłasko, „wszędzie są takie same pokoje”.

Nic nie jest trwałe.

Marzenie o wielkości i sukcesie miasta. Wielkość przejawia się dzisiaj szerzej w marzeniach o wielkości i skłonności mocarstwowe powracają w niepewnych czasach jak wielokrotnie w historii mit o zatopionej Atlantydzie.

Miasta promują dziś idee miejskości, promuje się same miasta.

Fantazje wielkości dotyczą zresztą wszystkich aspektów życia i nastały po okresie dekad procesów demokratyzacji i prób rozszerzania zachodniego świata, którym przyświecały (przynajmniej) hasła unifikacji, tworzenia partnerstw, prób rozproszenia władzy, wdrażania polityki samorządowej, haseł obywatelskich, a wreszcie idei zrównoważonego rozwoju.

W narracji politycznej hasła wielkości były najbardziej wyraźne podczas kampanii i pierwszych miesięcy prezydenta USA Donalda Trumpa, którego dewiza brzmiała: „Make Great America Again” („Uczyńmy znów Amerykę wielką”). Została zresztą przeniesiona z kampanii Ronalda Reagana z 1980 roku (zakupiono slogan jako znak towarowy) – innego republikanina o mocarstwowych aspiracjach, którego geopolityczna oś świata do dziś ma wpływ na mentalność wielu polityków.

W Polsce marzenia o wielkości nie opuszczają przede wszystkim rządzącej partii PiS, którego „polityka wstawania z kolan” czasem przejawia się w wypowiedziach o nowych sojuszach koncepcja międzymorza: Bałtyku, Adriatyku i Morza Czarnego (Andrzej Duda podczas wizyty prezydent Chorwacji ), czy o „wielkości narodu polskiego” (Antoni Macierewicz w swoim felietonie „Głos Polski” na antenie TV Trwam).

Najgłośniejszym przejawem mocarstwowości w Polsce próba siłowego (na przekór mieszkańcom) stworzenia przez rząd Polski największego miasta Europy – wielkiej Warszawy (większej od Moskwy, Londynu czy Paryża). Mimo, że za stoi za tą decyzją chęć włączenia swojego elektoratu w obszar terytorialny, to sama idea współgra z ambicjami rządzących.

Tendencja wielkości zbiega się też ze strategią stworzenia silnego ośrodka władzy, jednego centrum, np. wodza nad partią, władz centralnych nad samorządowymi, prób kontroli państwa nad organizacjami pozarządowymi etc.

Nowa Huta miał też swoje wielkościowe ambicje przyćmić Kraków.

***

Żyjemy dziś w okresie szczególnego kultu miast. Miejskość staje się trendy, ma swoje gadżety i nowe symbole, obrasta teorią i nowymi legendami.

W Polsce po 1989 roku miasto stało się na powrót areną otwartej polityki, ekonomii i sporów światopoglądowych. Zaowocowało to, z jednej strony obywatelską aktywnością ruchów miejskich, usiłujących oddolnie negocjować wszelkie zmiany. Z drugiej, przestrzenią nieuregulowanego targu, ukierunkowanego wizją zysku, w której eufemizm wolnego rynku stał się narzędziem monopolu wielkich korporacji i konkurencyjnego wyścigu, mającego swoich widocznych zwycięzców i niewidzialnych przegranych. Odzyskane miasto szybko zaczęło rozwarstwiać się na przestrzeń wspólną i odgrodzony teren sprywatyzowany.

Na ulice powróciły ideologie, ich starcie. Wróciły też barierki odgradzające.

Zakładanie miasta było związane z ukonstytuowaniem się konkretnej idei, doktryny bądź tożsamości historycznej, religijnej bądź obywatelskiej, której dana społeczność była gotowa bronić. Towarzyszyła temu wiara w harmonijną nieśmiertelność, porządek i rozwój miast (mit Rzymu), choć dzieje podpowiadają bardziej liczne przypadki upadków miast, którym zabrakło koncepcji przyszłości, planu.

Karta 265 Kodeksu atlantyckiego Leonarda da Vinci rejestruje dowody dotyczące rozrastania się ziemi. Wymienia szereg pogrzebanych miast. Zajmują one tam miejsce obok morskich skamielin, odgrzebanych kości…

Prawdopodobnie nadmiernie idealizujemy miejskość. Stąd też niezrozumienie ich upadków, końca, zmiany funkcji. A niepowodzenie nie jest bowiem oznaką przegranej idei miasta, ile porażką koncepcji rozumu. W zachodniej idei absolutystyczne ratio, zapomina o swoich granicach i jest ukierunkowane na odnalezienie rozwiązania za wszelką cenę, wyjaśnienie do końca. Ponadto odrzuca tajemnicę, przypadek i instancję losu.

Pamiętajmy też o infernalnych konotacjach miasta: „Wielki Chan zaczął już przerzucać w atlasie mapy miast, które straszą w koszmarach i przekleństwach: Henoch, Babilon, Yahoo, Butua, Brave New World.

Mówi:

– Wszystko na próżno, skoro ostatecznym portem może być tylko miasto piekielne, a do niego właśnie wsysa nas pra coraz weższą spiralą.

A na to Polo:

– Piekło żyjących nie jest czymś, co nastanie; jeśli istnieje, jest już tutaj, jest piekłem, w którym żyjemy na co dzień, które tworzymy przebywając razem. Są dwa sposoby, aby nie sprawiało ono cierpień. Pierwszy jest nietrudny dla wielu ludzi: zaakceptować piekło i stać się jego częścią, aż przestanie się je dostrzegać. Drugi jest ryzykowny i wymaga ciągłej uwagi i ćwiczenia: odszukać i umieć rozpoznać, kto i co pośród piekła piekłem nie jest, i utrwalić to, i rozprzestrzenić” (Italo Calvino).