NOWA WSPANIAŁA HUTA

Równy bruk placu odbijał rytm sprężystych kroków Dyrektora. W niektórych oknach już zapalały się światła, w części nadal nie zgasły. Budził się dzień.

Miasto powinno się oglądać o świcie. Wtedy kontury budynków wydają szczególnie zaostrzone, kreśląc zamaszyście ich mroczne masy. Zaspane oko, to ogarnia całość, to – jak zoom obiektywu aparatu – wyławia jakiś niezwykły detal. Chłód, wilgoć, pierwsza kawa i papieros, powoli odchodząca senność wyostrzają uwagę, pozwalając zobaczyć wszystko nieco inaczej – wolniej i baczniej. Puste ulice, gasnące latarnie, zwaliska budowli.

Pierwsze tramwaje i pojedynczy przechodnie, nie zakłócali w tym momencie intrygującego widoku miejskiego pejzażu. Byli raczej jak subtelny akord na tle wszechobecnych arkad i kolumn, jak pociągi i postaci z obrazów de Chirico. Stojąc pośrodku Placu Centralnego im. Edwarda Abramowskiego Dyrektor zawahał się chwilę. Spojrzał w stronę wielkiej makiety planowanego w ratusza. W świetle budzącego się słońca, można było łatwo wziąć tę drewnianą obciągniętą płótnem strukturę za strzelistą budowlę, która miała tu stanąć za paręnaście miesięcy. W Kombinacie.PL już pracowano nad alternatywnymi, technicznymi aspektami jej konstrukcji. Dyrektor nie był w stanie zrozumieć panującej od lat 80. ubiegłego wieku mody na dokańczanie i reprodukowanie historii. Chętnie realizowano ostatnio w różnych miejscach świata najdziwniejsze pomysły architektoniczne z przeszłości, miasta idealne, utopie architektoniczne, budowle niemożliwe, upiorne sny niegdysiejszych wizjonerów. W świecie, którego ekonomia opierała się na budowaniu miast, ludzkość żądała wciąż więcej i więcej architektury, niezaspokojony wydawał się głód rzeźb, instalacji, obrazów i wzornictwa. Kupowano masowo – piękne tkaniny, ubrania, znakomite w wykonaniu meble – wszystko trwałe i najwyższej próby. Śmieciowa plastykowa produkcja z końca ubiegłego stulecia stała się przeszłością – teraz stawiano na jakość tworzyw i przede wszystkim – jakość rozwiązań plastycznych. Znudzona szybko pragmatyzmem budynków odpowiadających jakimś założonym funkcjom, publiczność konsumowała z lubością spełnione sny o niemożliwym: budowle lewitujące, niekończące się, fantomowe projekcje i – te najbardziej – dokańczane ogromne zespoły urbanistyczne przeszłości. Nowohucki gigant w branży architektoniczno-budowlanej – Kombinat.PL specjalizował się m.in. w tego typu zadaniach – planował i realizował miasta futurystyczne, miasta kroczące, miasta liniowe, plug-in city, na zamówienie instytucji publicznych i firm prywatnych z całego świata. Oczywiste było, że w samej siedzibie korporacji, niedokończonym socrealistycznym mieście idealnym Nowa Huta, także wypadałoby wypełnić wolę projektantów z lat 50 XX w. Z okazji letniej olimpiady w 2000 r zrealizowano planowane wówczas obiekty sportowe, w tym najnowocześniejszy na świecie stadion na 200 tys widzów, rozbudowując część rekreacyjno-sportową miasta w rejonie Zalewu Nowohuckiego. Zrealizowano niezwykły projekt kościoła ma osiedlu Teatralnym, w nawiązaniu dawnych planów Z. Solawy. Strzeliste, ekspresyjne wieże budynku, którego projekt przygotował w latach 70. Tadao Ando, znakomicie pasowały do centrum kongresów estetycznych specjalistów z całego świata, które odbywały się regularnie w tej niezwykłej świątyni piękna. Nieopodal Placu Ratuszowego zrealizowano planowany w latach 50. hotel Orbisu, jego ekspresyjną bryłę stworzył sam Oskar Niemeyer.

W planowanym na zamknięciu Placu Centralnego budyneku teatru i domu kultury znalazł się teraz Centralny Ośrodek Kreatywności i Normalizacji Rozwiązań Estetycznych. Była to jednostka naukowa, zajmująca się badaniami percepcji sztuki i doznań estetycznych, w celu opracowywania rozwiązań plastycznych dla projektów nowych miast. Budynek wzorowany na architekturze socrealistycznej, był zarazem ekologiczną i energooszczędną konstrukcją, której ściany przez większą część roku porastała bujna łąka, z makami, chabrami, stokrotkami i dzikim zbożem. Oplatając detale architektoniczne, bujne rośliny zarysowywały kształty socrealistycznego pierwowzoru – sześciennego budynku ze wspartym na doryckich kolumnach portykiem, nakrytego kopułą. Podczas warsztatów projektowych z mieszkańcami, zdecydowano o tym, że budynek ma łączyć dwie historie Nowej Huty – dziedzictwo socrealizmu w duchu klasycznym i dziedzictwo przyrodnicze dawnych terenów rolniczych. Dach budynku służył jako wielki plac zabaw, a przezroczysta kopuła umożliwiała bawiącym się tam maluchom zaglądanie do środka centrum. W środku kłębiły grupy dzieci, młodzieży, dorosłych i starców ze wszystkich części świata. Większość widzów podłączona była do skomplikowanej aparatury pomiarowej, jedni mieli na głowach dziwaczne kaski i ogromne okulary, inni czytniki podłączone do nóg i przegubów dłoni. Urządzenia nie krępowały ruchów, więc zwiedzający mogli bez problemu przyglądać mniej lub bardziej uważnie – jedni w nieruchomym skupieni, inni – w ruchu, tańcu, w trakcie spaceru, czy gimnastyki – wybitnym dziełom sztuki światowej, zakupionym na potrzeby Centrum w najważniejszych muzeach globu. W Centrum powstawały normatywne wzorce form dla przemysłu estetycznego. Dużą część badań zajmowało poszukiwanie modeli archetypowych, wspólnych dla całej ludzkości, które pozwoliłyby w przyszłości wypracować do masowej produkcji uniwersalne wzorce estetyczne. Sporo uwagi poświęcano badaniom z zakresu psychoanalizy i rozważaniom Edwarda Abramowskiego. W nowoczesnym, demokratycznym, dążącym do egalitaryzmu społeczeństwie, dużym zainteresowaniem cieszyły się koncepcje filozofa, który widział w doznaniu estetycznym narzędzie klasowego wyzwolenia i indywidualnej wolności.

Dyrektor patrzył z zadowoleniem na ten eksperymentalny ośrodek, w którym mierzono się z niezmierzonym – żądzą piękna, potęgą smaku, potrzebą porządku, znaczeniem symbolu, siłą doznań, odbiorem społecznym i indywidualnym. Jednak nie dawał się ponieść zbytniemu wizjonerstwu. Badania potrzeb estetycznych raczej komplikowały obraz człowieka, niż go upraszczały. Im więcej wiedziano o przeżywaniu sztuki, tym bardziej zjawisko to rysowało się jako złożone, wymykające się prostym modelom.

Dlatego Dyrektor odnosił się z nieukrywaną rezerwą do pomysłu, którym żyła ostatnio miejska społeczność – budową u szczytu Alei Róż wielkiego socrealistycznego ratusza. Wiedział, że nieodzowny konsensus w obowiązkowej debacie na ten temat nie będzie prosty do osiągnięcia. W dodatku na planach i makietach z lat 50. widniał budynek renesansowy. Brrr – wzdrygnął się Dyrektor. Od zawsze źle reagował na renesans, osiągając w reakcji na ten styl zaledwie 3 na 10 punktów w skali Abramowskiego. Prosty cokół, rytmiczna kolumnada i obowiązkowa attyka, a nad tym podzielona wydatnymi lizenami dwukondygnacyjna wieża. Cebulasty hełm i latarnia. Ten ratusz wyglądał jak wiele katalogowych ratuszy renesansowych z masowej oferty KOMBINATU.PL. Renesansowa attyka była jednym z najchętniej wybieranych zwieńczeń, ale kojarzyła się ze sztampą i banalnością, rozwiązań poprawnych i zachowawczych. Takie attyki chętnie stosowano w tanim budownictwie mieszkaniowym i w zabudowie pawilonów z ogródków działkowych. Wchodziła w grę jeszcze bardziej dynamiczna wersja z lat 50. – z rodzajem renesansowej loggi w drugiej kondygnacji wieży, à la ratusz w Poznaniu, ale i tę Dyrektor uważał za nudną i sztampową.

Dziś wieczorem miało odbyć się wielkie zebranie projektowe rad delegatów, Dyrektor obawiał się, że znów padać będą argumenty tektoniki, proporcji i dyspozycji, które zawsze promowały takie schematyczne rozwiązania. Będzie się dużo mówić o języku architektury, uniwersalności rozwiązań klasycznych. Uważał skądinąd, że obowiązkowy kurs historii architektury prowadzony od szkoły podstawowej, mimo że doprowadził do wzrostu wiedzy i świadomości estetycznej, przyczynił się do promocji rozwiązań banalnych. W końcu szkolne testy i egzaminy sprawdzały zwykle to, co sprawdzalne, pojęcia, definicje, schematycznie streszczone teorie. Argumentacja racjonalistyczna, argumentacja związana z potrzebami duchowości, barokowa, regionalna, funkcjonalna, organiczna, sztuka abstrakcyjna, konceptualizm – dzieciaki znały formułki do każdej z nich, ale czy potrafiły jeszcze spojrzeć okiem wolnym od wyuczonych struktur?Miał czasem poczucie, że historia sztuki zabijała powoli sztukę, intuicyjną i wymykającą gotowym formułom.Historycy sztuki zawsze chyba jednak lepiej rozumieli sztukę niż artystów.

Dyrektor zastanawiał się często, czy ten nadmiar wiedzy, nie pozostawał w sprzeczności z przekonaniem Abramowskiego, że doznanie estetyczne rozgrywa się poza intelektem, że powinno być wyrazem intuicji, przywołania wspomnień: „jakiś zapomnianych rzeczy realnych, które usiłują przypomnieć się, tworząc w doświadczeniu wewnętrznym człowieka własne dziedziny życia estetycznego” – jak pisał filozof.

Dyrektor zapalił papierosa i skierował się w stronę swojego gabinetu w budynku Centrum. Przez chwilę zatrzymał go szalony wzrok Abramowskiego na portrecie autorstwa Vasarely’ego. Ten portret wykonany wg zdjęcia z kronik francuskiej policji, zawieszony na fasadzie Centrum, zawsze deprymował Dyrektora. Tak wiele pisałeś o tym, jak sztuka ma oddziaływać, ale nie zostawiłeś żadnej wskazówki, jak ma wyglądać… pomyślał Dyrektor, patrząc na wielbionego powszechnie filozofa.

– Dzień dobry Panie Dyrektorze – szykuje nam się dziś ciekawa prezentacja – zagadał go portier. Ja tam nie rozumiem tych palladiańskich pierdół. Mało to tego? Jeszcze w wersji totalitarnej. To się przeżyło. Jak zwykle ci ze stronnictwa narodowo-konserwatywnego, będą bronić attyki. Tych attyk w latach 50. ruscy nastawiali gdzie mogli. I dużo nam z tego przyszło.

– Dzień dobry, Panie Kazimierzu. Dyrektor minął hol wejściowy, wszedł do biura i usiadł za wielkim biurkiem z gabinetu pierwszego dyrektora Kombinatu. Na ścianach biura wisiały piękne fotografie z lat budowy Nowej Huty. Pustki, wspaniałe pustki… – pomyślał Dyrektor. Te miasta oddychały. Nawet jeśli to był zimny, niepokojący oddech na karku, jednak… zawahał się. Podłużne linie ulic, zielonych skwerów, chodników, układały się tu jak wielkie dywany, wnikając w głąb obrazu. Nieotynkowane budynki wydawały się zawsze jedynie elementem drugiego planu, jakimś kulisowym zamknięciem tej powietrznej kompozycji. Ogromne kamienne pustki wycięte z dawnych pół i łąk, nigdy nie poddały się całkowitej kontroli architektury, choć przecież były nią spowodowane. Uchwyceni na fotografiach przechodnie – pierwsi użytkownicy miasta – wydawali się dziwnie podekscytowani, jakby wszystko było tu dla nich nowe i zagadkowe. W ciągłym ruchu, trochę nieśmiało, miało się wrażenie, że dopiero uczą się miasta, które ustawicznie wyrastało przed nimi, jak kolejne plansze z jakiejś gry komputerowej. Tych ludzi zawsze było na ulicach tak akurat, żeby zrobić dobre zdjęcie. Nigdy nie za dużo. To miejsce zawsze dobrze ustawiało się do zdjęcia.

Dyrektor widział kilka podobnych miast – wielkich, monumentalnych, socrealistycznych założeń. Najciekawsze było w nich to, że mimo ogromnych monumentalnych zespołów architektonicznych, estetykę tych miast tworzyła raczej jednostajna czerń ulicy. To ona dominowała perspektywę przechodnia. Pusta, szeroka jezdnia była zawsze najlepszym punktem obserwacyjnym, a malowane na niej pasy wytyczały konsekwentnie osie symetrii. Spękany, wyblakły asfalt Magnitogorska, tworzył z szarym, zanieczyszczonym niebem, jedną scenę, na której regularnie rozstawiono miejskie rekwizyty. Wyroby hutnicze, wciąż był na nie zbyt, kontynuowały model produkcji zarzucony już dawno w Nowej Hucie, gdzie dominowała kreatywność i produkcja z zakresu przemysłu estetycznego.

Jedna z fotografii z gabinetu Dyrektora przedstawiała jakąś masową manifestację. Uczestnicy nieśli portrety Stalina, Bieruta, Lenina. Na pozór typowy entuzjastyczny pochód z tej epoki. A przecież nie można było zapomnieć, że oni wszyscy dopiero co wychodzili z wojny. Głodu, pożarów, śmierci. Na każdym rogu, indywidualnej i wspólnej, zbiorowej, przemysłowej. W szeregach ludzi idących z portretami oprawców, niektórzy byli weseli i pełni wiary, inni trochę markotni, zmęczeni, szarzy. Coś tu jednak nie pasowało … Dyrektor wyobraził sobie nagle podobną scenę, ten sam wycinek tłumu, ale ludzie pędzeni byli tu gdzieś w stronę rampy, przesiedlani ze swoich domów, wyrwani ze swoich miejsc z korzeniami. Przecież ci ludzie tam byli, tacy sami ludzie. Skąd brali teraz tę siłę i nadzieję? To było jakieś niewiarygodne, nieprzekonywujące. Ta budowa na zgliszczach. Czym różniły się te stosy cegieł z budowy nowego miasta i sczerniałe ostańce zburzonej Warszawy? Ludzie wśród ruin, ruin czegoś co się staje, i ruin czegoś, co zostało unicestwione. Jakby tu ktoś puścił taśmę filmową do tyłu. Wszyscy są dziś szczęśliwi, pomyślał gorzko Dyrektor, odpędzając zdanie, które przybyło nagle wyrwane nie wiadomo skąd.

Ocena czasów powojennych, w opinii współczesnych ekonomistów i dużej części społeczeństwa, nie była jednoznaczna. Potępiano oczywiście zbrodnie epoki stalinowskiej oraz imperializm ery Breżniewa, jednak zdawano sobie sprawę, że bez eksperymentu sowieckiego biedne gospodarki Europy Wschodniej na zawsze pozostałyby co najwyżej podwykonawcą i rezerwuarem taniej siły roboczej dla krajów rozwiniętego kapitalizmu. Na szczęście narzucony Polsce w roku 1945 socjalizm zdołał przejść w następnych latach taką ewolucję, dzięki której stał się ustrojem akceptowalnym dla większości społeczeństwa wolnych towarzyszy i obywateli. Kluczową datą jest rok 1980 i powstanie masowego ruchu Solidarność. Ten masowy zryw łączył w sobie opór przeciwko autorytaryzmowi PZPR, skostnienie partii, porzucenie przez nią lewicowych ideałów oraz nadmiernej ingerencji Moskwy. Podjęte wówczas rokowania przy tzw. okrągłym stole doprowadziły do pierwszych w pełni wolnych wyborów 13 grudnia 1981. Uformował się w nich rząd jedności narodowej pod wodzą solidarnościowego socjaldemokraty Karola Modzelewskiego. Po wyborach roku 1985 u władzy zmieniały się różne siły polityczne reprezentujące kolejne pokolenia polityków odzwierciedlające przemiany społeczne w Polsce. Największe z nich to Ruch Sprawiedliwości Społecznej oraz Zjednoczenie Konserwatywne. Oprócz życia parlamentarnego kwitnie aktywność innych ruchów politycznych: związków zawodowych, rad pracowniczych, związków wyznaniowych, klubów inteligencji zaangażowanej i anarchistycznych kolektywów.

Dlatego w zeszłym roku z wielką pompą fetowano stulecie Rewolucji w Rosji, budując w większych miastach sto wielkich tortów – kopii warszawskiego Pałacu Kultury, radośnie skonsumowanych przez mieszkańców. W tym zaś szykowano się do obchodów rocznicy odzyskania niepodległości w 1918.

Pewnie ostatecznie nikt nie był do końca zadowolony z tego układu, co było najlepszym dowodem, że wytworzył on pewien chwiejny i balans.

W dziedzinie polityki estetycznej, sprawa wyglądała podobnie. Brak jednego projektu społecznego, jednego modelu i jednej prawdy, przekładał się na rezygnację z jednolitego i całościowego projektu i wielogłos postaw estetycznych. Przyjmowano i monumentalny wzorzec historyzujący, i kosmopolityczny, uniwersalizujący wzór klasycystyczny i wywodzący się abstrakcyjny model modernistyczny. W rozważaniach nad sztuką, więcej miejsca poświęcano samemu aktowi percepcji, niż dziełu, które stało u jego podstaw. Starano się wypracowywać schematy, które przemawiały do wielu, ogniskowały wokół siebie efekt zbiorowego odczuwania. Nie bano się ani kiczu, ani zbytniego wysmakowania. Nie poświęcano też wiele uwagi rozważaniom, czy sztuka ma służyć masowej rozrywce, czy indywidualnej delektacji, czy też odwrotnie… Miała być obecna i wzbudzać emocje, tak różne i złożone jak ludzka wrażliwość i wyobraźnia.

Przemiany społeczne, uwalniając jednostkę od trosk dnia codziennego i trudów ciężkiej pracy, sprawiły, że estetyczna kontemplacja stała się dostępna dla wszystkich. Właściwie jedynie architekci, designerzy i plastycy wykonywali dziś naprawdę ciężką pracę. Rodzice czasem starali się ukrywać zdolności plastyczne dziecka, wiedząc, że podziwiany powszechnie zawód artysty, oznacza w rzeczywistości lata ciężkiej, twórczej pracy. Na próżno. W systemie publicznej edukacji wyłapywano szybko utalentowane jednostki i przymusowo edukowano w stronę kariery artystycznej. W malutkich, zamkniętych społecznościach przeszłości, było miejsce na jeden styl i jeden rodzaj wrażliwości myślał z rozrzewnieniem Dyrektor. Ale w globalnym świecie masowego przemysłu estetycznego, pozostał tylko wolny, nieskrępowany wybór.

Sygnał karetki pogotowia przerwał rozmyślania Dyrektora. Za chwilę usłyszał pukanie do drzwi. Znów ktoś doznał estetycznego szoku w Galerii Architektury Nowoczesnej, poinformował go jeden z edukatorów. Zdarzało się to dość często, w niektórych z tych doświadczalnych betonowych komór, o pięknych proporcjach, do których kolorowe szybki abstrakcyjnych witraży sączyły delikatne światło. Samotna kontemplacja w miejscu całkowicie pozbawionym narracji, abstrakcyjnym, oddziałującym na wszystkie zmysły, bywała przeżyciem o intensywności zbyt wielkiej dla niedoświadczonych widzów. Wspaniale – cieszył się edukator – mam pełen zapis krzywej wzrostu emocji, z rozbiciem na poszczególne zmysły! Biegnę przygotować debatę, krzyknął wyskakując z gabinetu.

Około 17. do Centrum zaczęli schodzić się delegacji Rad Estetyki z samorządu, zakładów pracy, organizacji pozarządowych. Każdy miał za zadanie przedstawienie decyzji swojej komórki, dotyczącej proponowanego wariantu projektu. Jak zwykle prezentacjom towarzyszyło ogromne zainteresowanie mediów i publiczności. Prasa codzienna publikowała projekty, ulica wrzała, mnożyły się teksty krytyczne, satyry, programy kabaretowe, dotyczące branych pod uwagę propozycji. Ugrupowania związane ze Zjednoczeniem Konserwatywnym, tzw. bok konserwy promował rozwiązanie monumentalne – prezentowali zatem kamienny moloch, wiernie reprodukujący projekt socrealistyczny. Krótkotrwałe i niezbyt burzliwe dyskusje dotyczące stylistycznego dziedzictwa stalinizmu, ustąpiły wśród członków ugrupowania, przekonaniu, że wartości narodowe i przekaz symboliczny budynku jest istotniejszy niż historyczne zaszłości. Grupa architektów związanych ze zjednoczeniem, odbyła nawet podróż po polskich historycznych miasteczkach, w poszukiwaniu inspirujących rozwiązań i ornamentów. Było to o tyle jałowe, że pełen zestaw wzorników dostępny był w ofercie KOMBINATU.PL, który od dawna zebrał pełną dokumentację dotyczącą polskiej tradycji budowlanej. Zresztą podobna wycieczka zabytkoznawcza znajdowała się od dawna w programach przedszkoli i szkół podstawowych. Wymiar propagandowy tego objazdu był za to nie do przecenienia. Telewidzowie z zapartym tchem śledzili kolejne etapy artystycznej peregrynacji najważniejszych konserwatywnych polityków, połączone z wykładami z historii sztuki, ćwiczeniami z opisu i analizy dzieła transmitowanymi live przez telewizję (było z tym sporo zabawy) i survivalowymi wyczynami, przed jakimi organizatorzy postawili wygarniturowanych konserwatywnych polityków.

Ruch Sprawiedliwości Społecznej zaproponował coś innego. Szklaną modernistyczną konstrukcję, jedynie w zarysach przypominającą projektowany w latach 50. ratusz. Była to kryształowa konstrukcja zwężająca się ku górze i zwieńczona iglicą. Konstrukcja miała się obracać – dolna część miała wykonywać jeden obrót w ciągu roku, środkowa – przez miesiąc, a najwyższa – jedna rotację na dzień. Projekt oceniany jako megalomański, był powszechnie krytykowany – „żeromszczyzna”, „satanizm”, „okultyzm”, „oklepany konstruktywistyczny kosmopolityzm!” – wykrzykiwał pod siedzibą ugrupowania tłum zwolenniczek monumentalnej soc-wersji. Zapowiadał się prawdziwy bój marmuru z kryształem! Podobnie dużo kontrowersji i emocji wzbudzało przeznaczenie budynku. Oczywiście jak zwykle w takim przypadku, podobne szczegóły omawiano nieco na marginesie głównej debaty. Osią dyskusji było symboliczne miejsce planowanego budynku w tkance miejskiej i oddziaływanie społeczne, nie rzecz tak zmienna, jak funkcja budowli. Jednak tym razem także dyskusja nad przeznaczeniem wzbudziła sporo opinii. Pomnik- świątynia narodowej pamięci – krzyczeli jedni, Pałac Rad delegatów -inni, zespól tanich mieszkań – kolejni jeszcze. Nowohuccy autonomiści, proponowali rzecz jasna umieszczenie w budynku siedziby władz miasta. Grupa zwolenników działań oddolnych proponowała budowę wielkiego kolektywnego ula, miliony komórek przeznaczone byłby dla drobnych społecznych inicjatyw. A gdyby w budynku nic się nie mieściło, lub coś absurdalnego – zapytywali członkowie artystycznego kolektywu Pustostan? To byłby najlepszy symbol ekonomii opartej o reprodukowanie historycznych porządków i gospodarki betonu.

Tego dnia napięcie społeczne sięgnęło zenitu. Przed Centrum zebrał się wielotysięczny tłum. „Venustas, firmitas, utilitas” – skandowali jedni, „less is more” – wywrzaskiwali inni. Strażnicy z Centrum interweniowali kilkukrotnie, rozdzielając szarpiących się oponentów. Część z osób musiano poddać szybkiej arteterapii w sali pejzażu polskiego XIX w., obawiając się zamieszek. Wczesnym wieczorem sytuacja wydawała się opanowana. Uczestnicy demonstracji rozeszli się do domów. Na następny dzień planowano wielkie głosowanie. Tego dnia panować miała cisza estetyczna. Nie wolno było wygłaszać publicznie sądów na temat sztuki, wszystkie muzea i instytucje kultury miały pozostać zamknięte.

Tego dnia o świcie Dyrektora obudził o świcie huk detonacji. Chwilę później zadzwonił telefon. To nie był zwykły telefon. Świdrujący dźwięk pochodził z tajnego aparatu, którym Dyrektor łączył się bezpośrednio z zarządem Kombinatu.PL. Władczy ton Mirandy Hansen – prezeski zarządu, nie pozostawiał wątpliwości, że stało się coś bardzo poważnego. Był oczekiwany natychmiast do pałacu Dożów w nowohuckim kombinacie. Wybiegł z domu i ostatniej chwili zdążył wskoczyć do jadącego w stronę zakładu tramwaju.

Kombinat PL pozostawał jedną z nielicznych firm prywatnych funkcjonujących w systemie uspołecznionej gospodarki i przedsiębiorstw publicznych, będącą jednocześnie jednym z głównych źródeł finansowania polityki estetycznej państwa. Była to jedna z pięciu największych korporacji świata. Wyrosła na bazie krakowskiej Huty im. Lenina. „PL” to skrót od nazwy oficjalnej nazwy Przemysł Ludowy, który bardzo szybko został skrócony stając się znakiem rozpoznawczym.

Aż do końca lat 70. PL działał w przemyśle ciężkim. Potem jednak stopniowo ewoluował w kierunku kombinatu rozwijającego i wdrażającego zagraniczne licencje nabyte w czasach Gierka. Jednocześnie w oparciu o rodzimą naukę i innowacyjność trwały eksperymenty z własnymi wynalazkami. To pozwoliło Polsce uniknąć pułapki przedwczesnej deindustrializacji, w którą wpadło wiele krajów tzw. „drugiego świata”.

PL eksperymentował w branży IT oraz w produkcji leków (słynny przeciwbólowy hit Adoloran). Przełomowe było jednak odkrycie (pod koniec lat 80.), że prawdziwa przyszłość świata rozegra się w miastach. Co dziś – w warunkach zglobalizowanego świata – jest już oczywistością. PL zaczął więc budować miasta. Zaczęło się dosłownie. Od gotowych części do ich budowy. Wzorem była sama socrealistyczna Nowa Huta, stanowiąca udane połączenie spójnego społecznie, komunikacyjnie i ekologicznie miasta na miarę XXI wieku. Rozpowszechnionych dzięki przełomowej technologii „Słodowy1” znanej także jako „zrób to sam”. Pomysł próbuje wcielać w życie również mniej znany szwedzki producent mebli Ikea. To do dziś serce „polskiego cudu gospodarczego”.

W ślad za prefabrykatami poszło oprogramowanie miast. Głównie typu smart city choćby uspokojony, powszechny, niskoemisyjny transport publiczny oraz kolektywne planowanie miejskie, która czuwa nad tym, by nie dochodziło do nadmiernego wzrostu nierówności społecznych. Dzięki tym innowacjom niemal wyeliminowano z Nowej Huty indywidualny samochód. Mieszkańcy z ulgą pożegnali dławiący ich przez lata smog i przesiedli się do publicznych tramwajów i elektrycznych, darmowych taksówek.

Dziś PL skupia się również (pionierski projekt Ewa1) na tym jak sprawić, by sztuczna inteligencja dobrze służyła ogółowi społeczeństwa. A nie tylko wybranym. Trwają pracę nad przygotowaniem przez PL takich miast, które będą zdolne powstawać w kosmosie (projekt Twardowski1).

Miranda patrzyła przez okno na częściowo opustoszałe tereny po dawnej hucie im. Lenina. Dopiero spojrzenie z lotu ptaka uświadamiało jak wielki zajmowała ona obszar. Pustynia dawnego wyrobiska, linie kolejowe, rurociągi, urywające się nagle w powietrzu taśmociągi – księżycowy krajobraz związany z zarzuconymi schematami produkcji, stanowił kontrast z uporządkowaną urbanistyką w centrum sąsiedniego miasta. Pani Prezes lubiła surowy, surrealny klimat tych miejsc. Wiele z dawnych zakładów stało dziś opuszczonych. Kombinat.PL regularnie organizował zwiedzanie terenu, zamienionego w park technologiczny. Nie tylko ze względu na atmosferę miejsca czy modę na architekturę industrialną. Sterczące kikuty budowli, prezentowały fantastyczne żelbetowe konstrukcje, które szkolna młodzież oglądała tu z nie mniejszym zaciekawieniem, co ruiny budowli antycznych. W ogromnych halach, jak dawna walcownia, czy stalownia, dziś służących jako wielkie pracownie projektowe, światło sączyło się, jak do wnętrz gotyckich katedr.

Pani Prezes uwielbiała oglądać zdjęcia z lat 50., na których widać było pracę w kombinacie na samym początku jego istnienia. Miranda wyobrażała sobie czasem, jak pod skorupą azbestowych pakułów, w które były ubrane muskularne ciała hutników, ich mięśnie napinały się podczas pracy. W swojej awangardowej modernistycznej willi przechowywała dużą kolekcję socrealistycznych rzeźb przodowników pracy z epoki stalinowskiej. Lubiła przyglądać się ich atletycznym ciałom, ustawionym nad basenem jej willi. Jeden z torsów zdobił także jej sypialnię. Te ciała stanowiły ogromny kontrast z zachowanymi fotografiami pracowników kombinatu. Zwykli ludzie, ogoleni i uczesani specjalnie do zdjęcia, o fizjonomiach uderzających realnością. W tych wizerunkach rysowało się jakieś napięcie, między mitem supermenów nowej rzeczywistości, a prawdą o spracowanych, prostych facetach, poturbowanych historią, szukających lepszego życia w nowym mieście.

Czarno-białe fotografie niemal prześwietlała żarząca się biel surówki, płynącej potokiem, przelewanej do ogromnych kadzi. Miranda miała poczucie, że stary negatyw praży ją w ręce, jak ogień rozżarzonego żelaza, z którym hutnicy przebywali stale w kombinacie. Miranda zdawała sobie sprawę, że ówczesne stroje ochronne, farmerskie jakby kapelusze i okulary, musiały być wątłą ochroną, przed ukropem rozszalałego żywiołu. Że obraz człowieka podporządkowującego sobie siły natury, modelującego pierwotne materie zgodnie ze swoją wolą, pod dyktatem nadludzkiej mocy ludzkich rąk i mięśni, to tylko industrialny mit, pierwszego kapitalizmu. Drobniutkie figurki hutników, ledwie osłonięte od straszliwego gorąca, jakie wdziała przed sobą na zdjęciach, wyobrażały raczej słabość ludzkiego organizmu w świecie, w którym rządzi wyłącznie prawo silniejszego. Chorzy, wyczerpani, zmęczeni ludzie, płacili z czasem ogromną cenę za ten ukradkowy występ w wielkiej narracji epoki przemysłowej. Miranda poczuła dreszcz podniecenia na karku. Twarde reguły świata pracy, fizyczny wysiłek, przemysł ciężki, zawsze ją podniecały, choć sama zarządzała firmą, w której liczył się raczej kapitał intelektualny niż nadludzki wysiłek herosów przemysłu.

Dyrektor zastał Mirandę w dziwnym nastroju. Wydawała się czymś poruszona, ale jednocześnie rozmarzona. Pani Prezes rzadko pozwalała sobie na taką szczerość wyrazu twarzy. Teraz również szybko przeszła do rzeczy.

– Czy wiesz, że w nocy dokonano sabotażu projektu budowy ratusza? Wysadzono w powietrze makietę budynku.

– Wiadomo, kto to był?

– Tak, został zatrzymany na miejscu wypadku. To jeden z tych prymitywistów, związanych z Pustostanem. Zbuntowana grupa artystów, którzy nie chcą pracować dla systemu. Z jego pierwszych zeznań wynika jednak, że nie kierował się pobudkami estetycznymi…

– To szokujące, szczerze zmartwił się Dyrektor? Czyli…

– Czyli to kolejny przypadek akcji, która jest wprost skierowana przeciw naszym działaniom. Od tej słynnej próby wysadzenia pomnika Lenina, nie mieliśmy takich problemów.

– Czy oni chcą całkowitego zakazu budowania?

– Tak i odmawiają zdawania egzaminu dojrzałości z historii sztuki. Dziwne. Od dawna nie mieliśmy nigdzie protestów społecznych. Ludzie żyją sobie spokojnie w nowoczesnych miastach, kupują produkty wysokiej jakości, świetnie zaprojektowane. Biorą udział w decyzjach i dużo rozmawiają o sztuce. Nie ma wielkich globalnych nierówności. Rozumiem jeszcze protesty artystów, to ciężka praca – wprost nie nadążają z projektowaniem i tworzeniem. Popyt na te rzeczy jest ogromy. Ale sprzeciwów politycznych nie mieliśmy od lat. Sprawca jest poddawany arteterapii, ale prawdopodobnie nie uda się go przekonać, że sztuka jest podstawą ekonomicznego i estetycznego dobrobytu. Wciąż cytuje Szekspira i mówi o pięknie natury. Czy mamy mieszkać w szałasach z gliny? Próbowaliśmy wprowadzać ten projekt Walden, uruchamiając produkcję indywidualnych leśnych chatek, ale nie miało to wielkiego powodzenia. Niedługo chcielibyśmy zrealizować nasz pomysł budowy osiedla mieszkaniowego w Puszczy Białowieskiej. Taki ogromny, atrakcyjny teren wciąż nie jest udostępniony dla działalności inwestorskiej. Boję się, że takie protesty mogą źle nastawić opinię publiczną do tego projektu. A nie chcielibyśmy wygaszać demokracji. To dość dobrze funkcjonuje jak dotąd, gdy ludzie mają poczucie sprawczości.

– Dobrze, jeśli się zgodzisz spróbujemy przebadać tego prymitywistę w naszym Centrum. A teraz może zerkniemy na Wasze nowe plany?

– Chodzi Ci o ten projekt Twardowski? Miasteczko na Księżycu? Robimy właśnie teksty podświadomych wyobrażeń mieszkańców o idealnym domu.

Miranda z Dyrektorem skierowali się w stronę jednej z wielkich pracowni projektowych. Drukarka 3D drukowała co chwilę kolejne elementy ogromnej makiety ustawionej pośrodku dawnej walcowni. Z maszyny wypadały kolorowe elementy, przypominające dziecięce klocki. W niewielkich pomieszczeniach umieszczono kilkaset osób z różnych części globu, jedni spali, inni podziwiali dzieła sztuki, słuchali muzyki, inni jeszcze (co stanowiło tajemnicę handlową kombinatu) poddawani byli działaniu halucynogennych substancji. Rejestrowano aktywność ich mózgów, proszono o opisywanie i wizualizowani treści swoich snów. Wszystko to przekładano następnie na język komponentów architektonicznych.

– Jak widzisz, idziemy nieco dalej niż wasze centrum. Tak naprawdę wspólny, uniwersalny kod piękna tkwi w najgłębszych warstwach podświadomości. Jeśli go odczytamy, zagarniemy cały rynek potrzeb estetycznych. Miranda zaśmiała się niebezpiecznym śmiechem szaleńca, mówiącego o obłąkanych planach zawładnięcia światem.

– Ho, ho na razie wygląda jak makro-miasteczko Lego, zaśmiał się Dyrektor. Czy nie zamierzacie tu wprowadzić czegoś historycznego? Może jakieś barokowe cytaty, pomyślał z nostalgią.

– Tak, oczywiście. Statystycznie co dziesiąty badany myśli o kolumnadzie na Placu św. Piotra. Zrobimy tam jakieś takie kolumnady, obelisk i budowlę z kopułą. To się powtarza w każdym nowym mieście. Te kopuły, to jest hit sprzedaży. Wieże i kopuły, każdy chce mieć coś takiego w centrum. Tutaj zrobilibyśmy pod kopułą ogromną szklarnię, rodzaj oranżerii. Trochę tego jednak brakuje na Księżycu.

Po pożegnaniu z Mirandą Dyrektor długo jeszcze spacerował po Kombinacie. Przyglądał się jak pakowano do nowoczesnych, elektrycznych pociągów, komponenty rożnych budowli – prefabrykowane bazy i trzony kolumn, gotyckie pinakle. Nowością były kolumny doryckie z PCV, przeznaczone do wozów kempingowych i jako podpórki do wielorodzinnych namiotów turystycznych. Przy wejściu czekał na niego młody mężczyzna w asyście policjanta. Człowiek budził zaufanie. Ubrany z minimalistyczną prostotą. Na twarzy miał wyraz zadowolenia.

– Czy to Pan starał się w nocy wysadzić makietę ratusza? – zapytał, po co?

– Piszą o tym we wszystkich gazetach. Nie mogą zrozumieć jednak, że nie chodzi nam o żaden z tych okropnych projektów. Dziennikarze wypytują mnie, czy wolę klasycyzm barkowy, czy monumentalny historyzm? Co za bzdura. Wie Pan, gdzie jest prawdziwe piękno? Tam, gdzie nie ma żadnej architektury, żadnych obrazów. No future, no picture!

Ciekawe, pomyślał Dyrektor. To by oznaczało koniec naszego Centrum. Żadnych obrazów, żadnej architektury – kres cywilizacji. Dyrektor nigdy nikomu nie przyznawał się do powracającego co noc snu. Wielki barkowy portal, znał go z jednej z kaplic kościoła Bożego Ciała w Krakowie. Dyrektor przekraczał tę bramę i nagle znajdował się na ogromnej łące. Az po horyzont ciągnęła się jednolita, poruszana wiatrem, wykładzina bujnej trawy. Bujne zboża, dojrzałe maki i chabry, były tak prawdziwe, że w głowie rodziły się wątpliwości. Czy ten stan dałoby się w ogóle zreprodukować w obrazie. Duszący zapach lata, ciepło spalonej ziemi, chłód pobliskiej rzeki, wszystko to było tak niemalarskie, tak bezpośrednie… Dyrektor z irytacją wyrzucił z głowy dziwne myśli.

– Jeśli zgodzi się Pan na przebadanie preferencji estetycznych, postaram się, aby nie miał Pan więcej kłopotów – powiedział do mężczyzny.

– Chciałby Pan zabrać mnie do swojego Centrum i podłączyć do tej śmiesznej aparatury? Byłem tam kiedyś z klasą. Malowaliśmy z panią edukatorką świat naszych marzeń. Namalowałem wtedy wielką, dziką puszczę. Dostałem za to nagrodę – album „Las w malarstwie”. Fajna rzecz, ale wolę prawdziwy las. Słyszał Pan o planach Kombinatu – osiedle w Puszczy? To tajne, ale my mamy tam swoich ludzi. Nie można do tego dopuścić. Dość architektury!

– Jest Pan utopistą. Sztuka nie jest tylko podstawą naszej ekonomii, ale i podstawą wolności jednostki. W dziele sztuki wolna jednostka jednoczy się ze społeczeństwem, tak twierdził Abramowski.

– Jednoczy się z interesem Kombinatu. Żyjemy jak w bańce mydlanej. Wszystko jest ładne i zaprojektowane. Wszystko jest zapośredniczone. My żądamy bezpośredniego doznania. Drzewo nie obraz drzewa, człowiek nie portret człowieka. Cała historia tego wariackiego miasta, to bezsensowne niszczenie natury. A jednak ona wciąż tu jest.

Rozmowę przerwał im odgłos nadjeżdżającego samochodu. To był starożytny wóz, Voisin … – taki z jakim Le Corbusier pozował przed willą swojego projektu. Skąd oni wytrzasnęli ten wehikuł? – zdążył jeszcze pomyśleć. Wszystko trwało kilka sekund. Dyrektor nie zorientował się nawet kiedy, został wciągnięty do wnętrza wozu i skrępowany.

Jechali jednym z szerokich deptaków Nowej Huty. Indywidualny samochód był tu rzadkością. Jednak wóz z lat 20. nie wzbudzał podejrzeń. Wciąż odbywały się tu różne historyczne rekonstrukcje. Dyrektor nawet nie zauważył kiedy wóz znalazł się na skraju wiślanej skarpy. W dole rozciągały się po horyzont słynne nowohuckie łąki. Teren już dawno zostałby zabudowany, albo zalany, jak planowano pierwotnie. W latach 50. XX w. projektowano tu wielki zalew. Jednak obszar ten pozostawał od lat przedmiotem sporu rady miasta i kombinatu. A żaden z projektów zabudowy nie zyskał jednoznacznego poparcia opinii publicznej. Teren dziczał coraz bardziej. Raz na jakiś czas odbywało się tu wielkie koszenie świata. Dzieci z okolicznych szkół, wyrównywały trawę i plewiły niechciane rośliny. Starano się zachować względną jednolitość estetyczną tego terenu. Projektowano tutaj oniryczną rekonstrukcję któregoś z obrazów Claude’ Lorraine’a. W mglistym pejzażu można by wstawić kilka klasycznych, prostych budowli. Jeśliby skierować rzekę do starego koryta, można by tu organizować pokazy dawnych żaglowców. Jednak – co zaskakujące – w sumie mało zajmowano się tym miejscem. Dyrektor nawet nie zorientował się, kiedy kierowca jednym desperackim ruchem nacisnął pedał gazu. Samochód wraz z pasażerami wzbił się w powietrze i poszybował przed siebie, pozostawiając w tle wielkie idealne miasto.

Dyrektor z trudem wygramolił się z rozbitego pojazdu. Stał po pas zanurzony w bujnej trawie. Pachniało trawą, zbożem, upałem, zapomnianym dzieciństwem. Prażące słońce oślepiało. Pomyślał o tym, co pisał o doznaniu estetycznym Abramowski. To właśnie był ten zapomniany nostalgiczny obraz z przeszłości. Ale jego nostalgia nie była przykra. Nie, Dyrektor czuł się dziwnie szczęśliwy. Miał zaskakujące go poczucie, że od dawna nie odczuwał piękna tak intensywnie, każdym zmysłem. Że to piękno było proste i zwyczajne. Przypomniał sobie nawiedzający go od tak dawna obraz ze snu.

Nagle rozległ się przerażający huk. Zza horyzontu w pyle i ogniu, ukazał się kadłub wielkiego statku kosmicznego z napisem „Twardowski”. To pierwsza misja architektoniczna, z setkami projektów nowych osiedli, startowała właśnie na Księżyc.

Dyrektor upadł na trawę i długo spoglądał w bezkresne, błękitne niebo.