PRZESZŁOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ

Nowa Huta: przeszłość i przyszłość

 

W kolejnych dwóch dekadach po roku 1989 wielu z nas zauważyło, jak szybko zmieniło się coś, co można by nazwać sferą społecznie wytwarzanej codzienności. Jak to się jednak dzieje, że doświadczenia polskich przemian po komunizmie tak naprawdę odsłaniają się dopiero od niedawna? Jak to się dzieje, że zmiana staje się widoczna bardzo powoli, że nieraz trzeba długo wypatrywać, aby coś ogóle zobaczyć? Pojawiają się tu przecież takie elementy codzienności, które nie były specjalnie widoczne, działały gdzieś podskórnie i z trudem chwycić można je było w sieci badań społecznych. Przyjrzyjmy się jednak tematyce samej transformacji po roku 1989, przemiany rzeczywistości. Przemysław Czapliński (2009) pokazuje np. w swoich pracach, jak w homogenicznym obrazie tożsamości zbiorowej Polaków pojawiają się z wolna zmącenia, rysy, punktem wyjścia jest więc istniejąca pewna uprzednia homogeniczność, jednorodność poczucia „my” przeciw „nim” (komunistom, Sowietom, władzy itd.), zapewne też poczucia jednorodności, pewnej normy. Ta retoryka, ta komunikacja skrywała zatem całe wewnętrzne zróżnicowanie i niejednorodność społeczeństwa polskiego. W pewien sens doświadczeń po komunizmie pojawia się po pewnym, takim czy innym, ładzie codzienności i zarazem ładzie opowieści. Sens doświadczenia polskich przemian odsłania się bowiem w coraz to bardziej nieprzezroczystej formie.

Zwracano więc już (niejednokrotnie) uwagę na chwiejność i niestabilność świata po transformacji, jaki wyłonił się po 1989 r. : dzieje się tu coś, co wciąż na owo przerabia, przepracowuje jakby społeczną traumę lat 90., czyli tzw. społeczne koszty transformacji (zob. Sztompka 2000). Tę dwustronność procesów przemian będę chciał pokazać pod postacią swoistej kontynuacji i doświadczeń i retoryki, ale już jako pewnego odwrócenia – odwrócenia założycielskich aktów powojennej budowy Peerelu. Popatrzmy więc, jak owe przemiany przenikają się jednak wzajemnie i jak prowadza do zaskakujących w swej istocie skutków.

 

 

Wielka budowa

 

Jak wszyscy wiemy, w samych początkach Polski Ludowej losy setek tysięcy istnień, w powojennym, zniszczonym państwie, szczególnie agresywnie poddane zostały siłom retoryki piorunującego rozwoju i piorunującej zmiany, zmiany wszystkich, najbliższych dla człowieka wymiarów codzienności. Przedwojenna i powojenna bieda czy cywilizacyjna zapaść (w sensie techniczno-higienicznym) miały zostać w ten sposób niemal z dnia na dzień głęboko ukryte. Ta metamorfoza miała wiele sensów, był to zarówno sens realnych projektów społecznych i ekonomicznych, sens architektoniczny, estetyczny i higieniczny, jak i sens słowno-symbolicznego uniwersum. W piątej i szóstej dekadzie XX wieku wszelkie dziedziny zwykłego, codziennego życia przed- i powojennego miały więc zostać oczyszczone. Zapełniające się miasta należało oczyścić, przebudować, zmodernizować, skanalizować. Bieda i cywilizacyjna zapaść miały przede wszystkim pozostać sferami niejawnymi (zob. Tarkowska 2000). Był to ów paradoksalny układ, w którym czas niedostatku, czas „ludzi biednych i zapracowanych”[1] współistniał z etykietą prężnego kraju socjalistycznego, kraju „cieleśnie zdrowego”.

Powstawał więc wtedy pewien szczególny gmach. W sensie zarówno dosłownym, jak i bardziej symbolicznym „zabezpieczać” go miały szerokie aleje, skwery, place, poczekalnie, dworce i gmachy. Miały one zbierać powojenną, chorą tkankę społeczną i formować ją w prężne ciało, ciało pozbawione nędzy i gnicia, ciało doskonałe. Miasto staje się w tym obrazie rodzajem dobrze naoliwionej maszyny i jest to oczywiście typowy obraz spełnionego socjalizmu, socjalizmu uformowanego – jak pisał Wojciech Tomasik – w bryłę miasta pokoju, które świeci harmonią ludzi i maszyn[2]. To taką metaforykę udrażniania biedy czy „społecznego bagna” miast polskich opisuje Tomasik w pracy pt. Inżynieria dusz. Literatura realizmu socjalistycznego w planie „propagandy monumentalnej” (1999). Pokazuje on, na poziomie słowno-obrazowego tworzenia rzeczywistości, że jest to w pierwszym etapie proces burzenia, zrównywania z powierzchnią enklaw nędzy i wszelkiego zastoju. W okolicznościowych utworach pojawia się wówczas retoryka „drążenia” czy też „drenażu”, pewnej przemocy, poddawane jej są „oślizgłe korytarze” i „duszne wyziewy” podwórek Pragi i Powiśla. Rysuje się w tych obrazach znosząca wszystko przed sobą modernizacyjna droga przez społeczne bagno (w domyśle: przedwojenne), albo inaczej: przez morze. Osuszenie wodnej substancji jest w ogóle jednym z najsilniejszych symboli komunistycznej modernizacji: jeden z wielbiących wielką, powojenną budowę poetów pisał w tamtych latach Za morzem ruin – socjalizm[3].

Po roku osiemdziesiątym dziewiątym dochodzi do gwałtownego wstrząsu. Przede wszystkim myślę tu o mocnym rozprzężeniu pewnej względnie stałej struktury codzienności wypracowanej na kanwie Peerelu. Nie była to – podkreślam – jakaś jednolita maska codziennych zachowań, a pewna oswojona umiejętność lawirowania między tym, co prawdziwe, i tym, co nieprawdziwe. Prowadzenie takiego podwójnego życia, innego w domu, innego np. w szkole czy pracy, stało się jednak dobrze oswojoną zasadą, stabilną regułą i tworzyło w efekcie świat zapewniający podstawowe potrzeby socjalne. I dopiero z tej struktury, mocnej, przede wszystkim na poziomie życia codziennego, zaczyna się po transformacji wyłaniać faktura świata do tej pory niewidoczna. I to jest ten moment chaosu, moment nagłego zerwania, coś, co nazwano traumą kulturową i społeczną: w tym momencie dziejowym nagłemu zawieszeniu uległa oto wyuczona już znajomość reguł społecznych. Dobitną oznaką tego rozstrojenia życia codziennego są rejestrowane już, nawet przez antropologów i językoznawców, skargi, społeczne lamenty – rolników, bezrobotnych, byłych górników (ten społeczny lament, bunt werbalny stał się już pewnym utrwalonym rytuałem komunikacyjnym). I to właśnie z tego pęknięcia, z pęknięcia peerelowskiej tkanki życia codziennego, wydobywa się jakieś nowe, niezrozumiałe doświadczenie lat transformacji.

Mamy więc na początku do czynienia z pewnym nowym, przebudowanym już światem – epoką post-transformacyjną. Tak jak w latach 40. i 50. „nowy świat” powstawał z ruin i gnilnych wyziewów podwórek Powiśla, tak przykładem analogicznym do „przewiercania” się przez miasto jest budowa kluczowego i wzorcowego kombinatu lat 50. wiodącego w planach uprzemysłowienia kraju – Nowej Huty. Nowa Huta jest realizacja socjalistycznej i socrealistycznej formy – konstruowania nowego społeczeństwa i nowego człowieka. Jest laboratorium socjalistycznej budowli, kombinatu społeczno-metalurgicznego. – Był to struktury typowo wynoszone poza obręb starych, ciasnych, przedwojennych miast – to tam miało rodzić się nowe społeczeństwo, w zwróconym na zewnątrz, otwartym na przestrzeń, podmiejskim pasie.

Istota rozwoju miasta socjalistycznego to zatem świat budowy przemysłowego raju. W latach sześćdziesiątych zostały one porwane gwałtowną falą budowy – miasta zaczynają wychodzić, wylewać się na przedmieścia i podmiejskie pola. Jest to zjawisko charakterystyczne dla polityki urbanistycznej PRL-u i działania władz lokalnych. Stara, przedwojenna zabudowa w większości przypadków była właściwie planowo zaniedbywana[4], podczas gdy cały impet budownictwa, szczególnie późniejsze wznoszenie osiedli z wielkiej płyty (tzw. funkcjonalny geometryzm oszczędnościowy) przenosił się na przedmieścia, można by rzec bardziej obrazowo, na otwartą, niczym nieograniczoną przestrzeń, gdzie rosły bloki i kombinaty. Obrzeża miast – pisał Leszek Dzięgiel – stopniowo otoczyły nudne pierścienie jednakowych blokowisk osiedlowych[5]. Dobrym przykładem jest tu na przykład właśnie polityka władz przemysłowego Wałbrzycha, w którym zaniedbywano górnicze, poniemieckie osiedla, budowano natomiast szybko wzrastające górnicze osiedle bloków z wielkiej płyty, utrzymane w stylu funkcjonalno-geometrycznym. Jednakże w liście nadesłanym do wydawanego wówczas czasopisma „Architektura” pewna dziewczynka mieszkająca, jak podaje redakcja, w jednej z dzielnic Wałbrzycha pisze z dumą: „Przedstawiam w moim rysunku moje miasto Wałbrzych […] miasto posiada dużo zieleni, ale również może się poszczycić nowym budownictwem, jakim jest osiedle Piaskowa Góra. Osiedle jest piękne i kolorowe. Jest dużo zieleni, kwiatów i młodych drzewek. Budownictwo jest bardzo kolorowe i czyste. Mieszkam na Piaskowej Górze, z której jestem bardzo dumna i z satysfakcją dostrzegam jak dzień po dniu rosną nowe bloki jak grzyby po deszczu”[6]. W ten sam sposób na nieograniczoną niczym przestrzeń rzucona została podkrakowska Nowa Huta. Miasta czy osiedla lokowane były przecież wokół ośrodków przemysłu ciężkiego, wokół rozrastających się kombinatów, hut, walcowni, koksowni. A zatem – sąsiadowały z nimi nowe budynki, bloki mieszkalne – życie codzienne lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych było życiem w nowych, „rozpędzonych” miastach, mających wreszcie idealnie funkcjonować, bez barier, na dostatecznie przestronnych terenach. Rosną więc kombinaty, rośnie Nowa Huta (taka strategia powodowała jednak pewne niedogodności, ,ale wciąż są tam np. z dostawą wody – przemysł ciężki – huta, walcownia, wielkie piece i kombinaty do swego życia i funkcjonowania potrzebują, ni mniej, ni więcej tylko olbrzymich ilości wody – przemysł zużywa ją w trakcie procesu wytapiania stali, chłodzi rozżarzone żużle i ogniwa, pochłania wszelkie jej zapasy).

Osiedla Nowej Huty, projektowane były od nowa, na serii zdjęć z lat budowy – widać rozmach budowy – to swoista idea estetyczno-architektoniczna, pewna gigantomania związana z konstruktywistyczna wiarą w możliwości tworzenia nowego środowiska dla gatunku ludzkiego – nowej formy inżynieryjnej (produktywizm). o czym pisze Michał Murawski; stawia on wręcz tezę o pierwotności tego co estetyczne i monumentalne, wobec ekonomicznego i uprzemysławiającego charakteru. Nowa Huta – jeśli spojrzymy na zbiór fotografii z lat jej powstawania – widać, że dominuje tam nadmiar przestrzeni, powietrza, to skala jakby za duża dla człowieka. Na zdjęciu z otwarcia nowego sklepu widać postacie stłoczone pod szybami – wielkimi oknami, z których widać przestrzeń i szerokie, monumentalne ulice. Na jeszcze innym zdjęciu widać niewielki zagon oborany na ziemi niczyjej („państwowej”) pomiędzy nowymi budynkami mieszalnymi. Miało to być osiedle dla ludzi – projektowane od nowa, na planie koncentrycznym, inspirowane renesansowymi, europejskimi planami miast – z zachowaniem jednak monumentalnego wymiaru. Był to w końcu osiedle towarzyszące wielkiemu metalurgicznemu kombinatowi , wyniesione na zewnątrz miasta Krakowa, na otwarte przestrzenie, na nowe centra – miejsca formacji nowego człowieka.

Powrócę tu jeszcze do początku, do budowy gmachu państwa ludowego, która oparta została na potędze modernizacji. Potęga nowych kombinatów, kominów i kopalń, potęga melioracji są, jak pokazuje Wojciech Tomasik, obrazem rzeczywistości, w której maszyneria pochłania wszystko co ludzkie: życie prywatne, miłości i nienawiści, ambicje i troski. Dominującym motywem w opowiadaniach propagandowych takich jak Węgiel Aleksandra Ścibora-Rylskiego czy Na przykład Plewa Bogdana Hamery jest właśnie – pokazuje Tomasik – motyw ofiary (bardzo wyraźnie ofiara pojawia się w opowiadaniu Hamery: oto umierający z rąk dywersantów sekretarz Nieglicki słyszy pierwszy spust surówki, wydaje się wtedy, że jego śmierć przynosi życie hutniczej maszynerii). Budowie nowego ładu towarzyszy więc, pewna świadomość składanej ofiary czy szerzej: pamięć jakiejś niejasnej przemocy modernizacji. Być może to wyobrażenie jest poza tym w ogóle obecne w społecznej pamięci modernizacji, utrwaloną już kliszą.

Po transformacji lat 90. w Nowej Hucie zapanowała jednak pustka. W dawnych sprywatyzowanych zakładach została niewielka część pracowników – obecnie zatrudnionych jest tam około 4-5 tys. pracowników. Samo miasto robi wrażenie pustego, architektura lat 50. powoduje, że przestrzenie są trudne do wypełnienia (chociażby działaniami czy interwencjami kulturalnymi), a kolejne nowohuckie osiedla – z osobną alternatywną, numeracją – już dawno nie grupują ludzi pracujących w zakładach Huty. Nowohuckie Centrum Kultury jest dużą, ale bardzo tradycyjną, zachowawczą instytucją kultury, realizująca warsztaty i zajęcia związane z bardzo tradycyjnie i być może trochę „fasadowo” rozumianą edukacja artystyczną czy kulturalną w porównaniu np. do innych miast, dajmy na to Lublina i Pracowni Sztuki Zaangażowanej Społecznie „Rewiry”, gdzie realizowane są najbardziej odważne, progresywne interwencje społeczno-artystyczne w zaniedbanych przestrzeniach miasta (zaangażowane społecznie i progresywne działania prowadzi przy tym jednak w Nowej Hucie teatralno-społeczne centrum „Łaźnia Nowa”, prowadzone przez Bartosza Szydłowskiego – ale jako już instytucja pozapaństwowa[7]).

Historia transformacji Nowa Huty jest jednak czymś zupełnie innym niż transformacje przemysłowych monokultur jak np. Wałbrzych, Nowa Ruda czy Krosno (badania Ewy Charkiewicz). Zachowany został kontakt i komunikacja z miastem, z Krakowem, z uczelniami, w ogólne z rynkiem pracy w Małopolsce – stad zapaść i bezrobocie związane ze zwolnieniem sukcesywnie prawie całej załogi, nawet we wskaźnikach poziomu bezrobocia wskazuje na ograniczony zasięg – oficjalne wskaźniki bezrobocia były tylko nieco wyższe jak w Krakowie i nieporównywalne do innych miejsc dotkniętych upadkiem przemysłu. (zob. dokumenty z raportu Lokalny Program Rewitalizacji Starej Nowej Huty z 2008 roku – stopa bezrobocia to 5,3% w 2008 roku). Stąd pewna nieobecność zamknięcia centralnego zakładu pracy jest zauważalne jeśli już to w przestrzeni, pustki, nostalgii i tworzenia pół-ironicznego skansenu PRL-u, z lokalami w dawnym stylu – czy to bar mleczny czy eleganckim lokalem w stylu lat 50. i 60., „Restauracją Stylową” (koło Placu Centralnego) czy w końcu niewidoczną, umieszczoną przy blokowisku „Restauracją Piastowską”, gdzie z potrzeb lokalnych wciąż żywe i aktualne są sobotnie wieczorki taneczne z wykupywanym „bonem konsumpcyjnym”.

Sama huta, obecnie zakłady Arcelor Mittal, jest natomiast coraz bardziej niewidoczna, źle skomunikowana, pozostająca jakby na uboczu. Jest zamknięta ściśle chroniona , przez bramę wejście jest tylko z przepustkami , ochrona agresywnie wyprasza zbliżających się do bramek. Wewnątrz możliwe są jedynie certyfikowane wycieczki, co jest co najmniej dziwne – poindustrialne czy nawet czynne, industrialne tereny są przecież bardzo często otwarte dla zwiedzających i zainteresowanych, jak olbrzymia KWB „Bełchatów” czy nowe muzea przemysłu górniczego w Wałbrzychu czy na Górnym Śląsku. Przy bramie głównej Huty stoi stary jeszcze kiosk z pracującym tam emerytem, sprzedającym „Nowohucki głos”, z wielkim , starym szyldem pracowniczej gazety, zupełnie już nieadekwatnym. Huta, prywatny, zglobalizowany biznes ArcelorMittal (siedziba w Luksemburgu) jest zatem odseparowana od miasta i nie funkcjonuje jakby publicznie, w okolice pustego, rzadko odwiedzanego kopca Wandy dojeżdżają tramwaje, z których do Huty nie prowadza żadne ścieżki i – dla pieszego- nie ma jak do niej dojść, przedostać się przez trasy szybkiego ruchu. Jednocześnie we wnętrz trenu Huty sama największa, pozostała i widoczna dobrze stalownia została w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy całkowicie rozebrana, pocięta i wywieziona na złom – Łukasz Trzciński ze zdumieniem odkrywał że ten widoczny dobrze kombinat nagle zniknął, a i my nie rozumieliśmy dlaczego z kopca Wandy prawie nic nie widać, żadnych śladów olbrzymiej industrii. Co ciekawe Huta jako obszar przemysłowy wyraźnie gaśnie, przy bramie nr 3 powstawało centrum biurowo-przemysłowe, które wyraźnie się nie rozwija – staja nowe budynki biurowe z ogłoszeniami zachęcającymi do wynajmu lud kupna – część z nich od nowości , od wybudowania na fali pomysłu na stworzenie tam coś w rodzaju „specjalnej strefy ekonomicznej” właściwie nie było używanych. To co pozostało to zatem odseparowany od miasta wielki zakład, kombinat który coraz bardziej pozostaje osobnym miejscem, gasnącą częścią tego kompleksu.

Sama Nowa Huta jest jednak osobnym miastem. Kiedyś tworzona by tworzyć nowe, społeczne formy pracy mieszkania teraz stała się osobna częścią. To nowe osiedle-miasto miało niegdyś tworzyć nowego człowieka, nowego, etyczną, silną osobowość – stąd tez kult przodowników pracy, praca wypełniających swe życie. Jest to bardziej zrozumiałe kontekście zagrożeń czających się w tle budowy nowego miasta, na otwartej przestrzeni, obok wielkiego kombinatu, takich jak to co działo wraz z ludzkimi energiami. Szczególnie problematyczny, zwalczany i ukrywany było problem picia się – to jemu poświęconych było wiele pouczeń i plakatów z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy czasie realnego socjalizmu i PRL-u. To wtedy bowiem „masy ludzkie”, opuszczając hutę po zamianie, kilka tysięcy robotników piło w laskach, parkach i zaroślach, by się odprężyć do pracy i podpici wracali do domów. To alkohol („alkohol – Twój wróg”) był zatem odwrotnością nowego moralnego świta pracy jako został wraz z Nową Hutą zaprojektowany. Pozostałości tej rozgrywki i trwający wciąż pewien „styl” pracy fizycznej, robotniczej wiązanej wręcz historycznie z piciem, są nowe zupełnie ogłoszenia i tablice wiszące na bramie nr 1, zachęcające do kontroli alkomatem przed wjazdem na hutę, do pracy – jeśli ktoś nie jest pewny czy wytrzeźwiał. Podobnie obok zaraz jest tablica informująca ostro o powiązaniu ciężkich i śmiertelnych wypadków w pracy z byciem pijanym. To jeszcze wciąż trwające zasady tworzenia moralnego człowieka pracy – dawniej nowego, moralnego miasta.

Samo miasto, Nowa Huta, stopniowo jednak wyraźnie się zmienia i podąża w zaskakującym kierunku. Jest miejscem budowanym zachowaniem monumentalnego, konstruktywistycznego z ducha stylu- dużo tam szerokich ulic, alei, osiedli i miejskiej zieleni. Ile w pobliskim Krakowie nieustannie mamy od czynienia z zanieczyszczeniem i alarmami smogowymi, z powietrzem osiadającym wewnątrz miasta, o tyle Nowa Huta, wychodząc na podkrakowskie błonia i łąki (centrum kultury „wywieszone” ponad zielonymi Łąkami Nowohuckimi i dalej – doliną Wisły) – umieszczona jest na zewnątrz starych kwartałów miejskich ciasnego, historycznego Krakowa. Szerokie ulice, 4-5 piętrowe osiedla, dużo zieleni , to wszystko co miało tworzyć nowego, idealnego, i moralnego człowieka, nowa formę społeczna teraz paradoksalnie tworzy idealne, „nawietrzne”, wentylowane skutecznie miasto – to tam zatem coraz chętniej mieszkania wynajmują i kupują krakowscy pracownicy nowych, biurowych zwykle zawodów. Nowa Huta staje się miejscem Nowego – miejscem gdzie dawnej utopijne założenia modernizacyjne, podszyte gigantomanią i monumentalizmem teraz tworzą bardzo otwarte miasto w ludzkiej skali, choć lokalne wspólnoty są z tych przemian nieco wyłączone (poza teatrem Łaźnia Nowa – raczej konserwatywne instytucje kultury), a sama Huta – zakład pracy, coraz bardziej zanika i oddala się i właściwie zostaje relegowana z codziennego życia (dokonuje się pewna forma implozji poprzedniej, industrialnej egzystencji miasta).

 

[1] Jest to określenie Małgorzaty Szpakowskiej, zob. Szpakowska 2003.

[2] W. Tomasik, Inżynieria dusz. Literatura realizmu socjalistycznego w planie „propagandy monumentalnej”, Wrocław 1999, passim.

[3] Warto dodać, że substancje akwatyczne, takie jak morze, błoto czy bagno, pojawiają się u teoretyków kultury nowoczesności jako rewers modernizacji. Zob. m. in. Berman 2006, Bielik 2004, Mencwel 1997.

[4] Te pozostawione kwartały starego budownictwa stawały się szybko miejscami mocno zdegradowanymi, były to mieszkania, szczególnie po dokwaterowaniu dodatkowych lokatorów, o niskim standardzie, bez wygód, z zawodną, awaryjną, nienaprawianą infrastrukturą – kanalizacją, ogrzewaniem itp. W tych miejscach dochodziło właśnie do gromadzenia się mieszkańców społecznie marginalizowanych, żyjących w ubóstwie, tam wreszcie dochodziło do narastania zjawisk drobnej przestępczości. Zjawisko to na przykładzie łódzkich kamienic czynszowych opisuje W. Warzywoda-Kruszyńska w pracy Wielkomiejscy biedni – formująca się underclass? Przypadek klientów pomocy społecznej, „Kultura i Społeczeństwo” 1998, nr 2; a przykładzie starego budownictwa w miastach Górnego Śląska, K. Wódz, Underclass w starych dzielnicach przemysłowych miast Górnego Śląska, w: Stare i nowe struktury społeczne w Polsce, red. I. Machaj, J. Styk, t. 1, UMCS, Lublin 1994.

[5] L. Dzięgiel, Miasta w filozofii władz PRL-u i społecznej praktyce. Wyzwanie dla badacza kultury, w: PRL z pamięci, red. Cz. Robotycki, Zeszyty Naukowe UJ „Prace Etnograficzne” 2001, z. 36, s. 68.

[6] Z listu nadesłanego do redakcji „Architektury”, rok 1978 (materiały z badań warsztatowych P. Wrocławskiej i Z. Mioduszewskiej, IKP UW, 2004).

[7] Zob. więcej m.in. Ł. Maźnica et al. Teatr Łaźnia Nowa – zmiana społeczna in the making, w: Kultura i rozwój. Analizy, rekomendacje, studia przypadków. red. J. Hausner et al., Warszawa 2016.