FABRYKI PRZYSZŁOŚCI: ARCHITEKTURA DUSZ PONAD MURAMI BERLIŃSKIMI

Fabryki przyszłości: architektura dusz ponad murami berlińskimi

 

„Mówili na nią chińska”. Dlaczego tak mówili, trudno dziś powiedzieć, choć starsi ludzie utrzymują, że to przez podobieństwo slumsów do chińskich pływających wiosek, przy których wąskich alejkach tłoczą się drewniane chaty kryte blachą. Możliwe, że w latach 50. XX w. na ekrany lizbońskich kin wchodziły powoli, pod czujnym okiem faszystowskich cenzorów, filmy, na których można było je zobaczyć. Możliwe, że istnieje inne wytłumaczenie. Tak czy inaczej te 6 hektarów najrozleglejszych slumsów Lizbony było dla reżymu „śmierdzącą norą pełną zarazków”. Jej mieszkańcy – 10 tysięcy przybyszy z prowincji, zwabionych perspektywą pracy w fabrykach Marvili – mówili o niej „chińska dzielnica”. „Byliśmy biedni”, mówi jedna z nich, obecnie zajmująca lokal komunalny w wysokościowcu, „ale byliśmy wspólnotą”. Jej wzrok niespiesznie przesuwa się po opustoszałym terenie, wracają niewyraźne obrazy z dzieciństwa, kiedy leżała w nocy głodna i zmarznięta, a koło jej stóp kręciły się szczury, kiedy bawiła się z innymi dziećmi na brzegu rynsztoka. Ale wtedy istniały silne więzi społeczne, przyjaźń i bezinteresowność, panowało poczucie bezpieczeństwa. „A teraz, proszę spojrzeć: oddzielili nas” – mówi wskazując w kierunku linii kolejowej, która biegnie między osiedlem, gdzie teraz mieszka, a terenem niegdyś pełnym fabryk, który obecnie przechodzi proces intensywnej gentryfikacji. „Disneyland dla bogaczy, tak to dzisiaj wygląda. Pracowaliśmy tam, a teraz nie mamy tam wstępu, utknęliśmy tu, za torami. Są jak mur. Jakbyśmy mieli własny mur berliński.

1. Dystopia

Marvila, pokiereszowana dzielnica, która utknęła między przeszłością a teraźniejszością, ani miasto ani wieś, złożona tkanka miejska, która przeszła w minionym wieku szereg transformacji. Choć ta wschodnia dzielnica położona jest w niewielkiej odległości od zabytkowego śródmieścia Lizbony, oddzielają ją od niego liczne granice – społeczne, kulturowe i symboliczne. Co więcej, linia kolejowa, która metaforycznie tnie wzgórze na pół, kaleczy teren. Opuszczone budynki fabryczne świadczą o niedawnej przemysłowej przeszłości, ściśle związanej z portem i przewijającymi się tam niezliczonymi masami ludzi i towarów. To Stara Marvila, zajmująca niżej położony teren na brzegu rzeki. Od końca XIX w., a zwłaszcza między rokiem 1940 a kryzysem w roku 1973, Marvila przeżywała okres świetności jako miasto i jako ośrodek przemysłowy, gdzie wytwarzano wino, mydło, gumę, zapałki, tytoń i materiały wojenne. W tamtych czasach teren ten często opisywano jako „morze kominów i ludzi”. Nieco dalej od rzeki, już za torami, leży z kolei Górna Marvila – do połowy XIX. wieku miejsce rekreacji wyższych sfer, można tu znaleźć pozostałości gospodarstw rolnych, majątków ziemskich, siedzib królewskich. Pozostałości po starej arystokracji, nieprzystające do obecnych programów kwaterunkowych, stanowią przerywniki – jak duchy innych czasów – w wielkich, otwartych przestrzeniach pozbawionych funkcji rekreacyjnych czy ekonomicznych, wskazują na symboliczną, kulturową i społeczną separację, charakterystyczną dla dzielnicy przez dziesięciolecia kojarzącej się z przemocą, przestępczością, biedą i społecznym wykluczeniem.

W okresie wzrostu gospodarczego Lizbona, szturmowana przez migrantów przybywających z odległych zakątków kraju do stolicy, zmagała się z poważnym brakiem mieszkań. Znaleźli się wprawdzie indywidualni przedsiębiorcy, którzy z własnej inicjatywy budowali niewielkie osiedla robotnicze, jednak napływ ludności był tak wielki, że wkrótce doprowadził do gwałtownego wzrostu liczby prowizorycznych zabudowań skupionych wokół fabryk. Populacja Marvili wzrosła w tamtym okresie dziesięciokrotnie. Najczęściej spotykanym typem budynku zamieszkałego przez robotników były pateos, liche baraki zapewniające dach nad głową wielkiej liczbie ludzi, wznoszone na podwórzach innych budynków, a także na terenach opuszczonych. Do budowy używano byle jakich materiałów, były problemy z kanalizacją, w jednym pomieszczeniu mieszkało nawet kilka rodzin, rozdzielały je tylko porozwieszane ubrania. Aby uniknąć kontroli skarbowych, a także by umożliwić kobietom pracę w domu, przemysłowcy dostarczali tam często krosna tkackie, bez których i tak było niewiele miejsca. Większość przybyszy zachowała wiejskie zwyczaje, trzymali przy domu świnie i kury, które miały dostarczać pożywienia oraz nawozu.

Jeśli uprzemysłowienie było oznaką nowoczesności, to warunki mieszkaniowe przekształcały przestrzeń miejską na wzór wsi, stwarzając przy tym zagrożenie dla zdrowia publicznego. Odrażające i niedopuszczalne warunki burzyły mentalność mieszczańską, co doprowadziło do gorącej debaty na temat nieokrzesanej biedoty, wołających o pomstę do nieba zabudowań, a także ich zacofanych i niecnych lokatorów. Poza tym w społeczeństwie coraz większe zainteresowane budziły najnowsze teorie naukowe dotyczące rozprzestrzeniania się zakażeń, a tu znajdował się gotowy przykład, że lekceważenie zasad higieny sprawia, iż ludzie sami przenoszą choroby. Wybuchło kilka epidemii, co przyspieszyło współdziałanie służb medycznych i socjalnych, które rozpoznały związek między biedą a zachorowalnością, przy czym strona medyczna poświęciła się przede wszystkim opracowywaniu kolejnych planów reform, mających na celu zmniejszenie negatywnych skutków odczuwanych przez biednych robotników stłoczonych w miejskich aglomeracjach. Ale dokładnie sto lat temu, w 1918 roku, nawet liberalny, republikański rząd (1910-1926), znajdujący się pod silnym wpływem elity medycznej, nie był w stanie wprowadzić poważnych zmian, nie wspominając nawet o pierwszych państwowych programach kwaterunkowych. W obliczu powojennego kryzysu, który ostatecznie doprowadził do przewrotu wojskowego i faszystowskiej dyktatury, takie działania i tak okazałyby się niewystarczające.

2. Utopia

Książka Anglika Ebenezera Howarda pt. Tomorrow: A Peaceful Path to Real Reformi, opublikowana w 1889 roku (i wydana ponownie w 1902 roku pod zmienionym tytułem Garden Cities of Tomorrow) dała początek nowemu modelowi organizacji miejskiej – społecznej, ekonomicznej i terytorialnej. Idea miast-ogrodów – która zakładała tworzenie miast autonomicznych, otoczonych zielonymi korytarzami, w których tereny mieszkalne, przemysłowe i rolnicze łączą się ze sobą w zharmonizowany sposób – zbiegła się w czasie z rozwojem przemysłu i exodusem ludności wiejskiej w Anglii końca XIX. wieku, i stanowiła krytykę przeludnionych ośrodków miejskich oraz tworzenia podatnych na wykluczenie przedmieść. Model ten, w ramach którego usiłowano pogodzić pozytywne strony życia na wsi i w mieście, zakładał rozwój miast w kierunku nowych, satelickich centrów miejskich, połączonych komunikacją drogową i kolejową, która nie zaburzałaby ciągłości terenów zielonych okalających aglomeracje.

W 1938 roku w Marvili powstało Madre Deus, jedno z „osiedli gospodarczych” wzniesionych przez reżymowe władze, by zaspokoić rosnące potrzeby mieszkaniowe. Wzorowane na modelu miasta-ogrodu otoczone jest przez tereny przypominające krajobraz wiejski. To nawiązanie do pochodzenia robotników (przede wszystkim z prowincji Beira Alta), a zabudowa osiedla to bliźniaki i szeregowce z ogródkami od frontu i podwórkami lub ogródkami od tyłu. Budynki stoją przy symetrycznie ułożonych ulicach, zbiegających się w kierunku wielkiego parku. W Encarnação, pobliskim osiedlu zbudowanym w 1946 roku na planie przypominającym motyla, punktem zbieżnym jest kościół.

Slogan reklamowy innego osiedla z tamtego okresu nie pozostawia złudzeń co do założeń i intencji władz reżymowych. Głosił, że „białe, higieniczne i szczęśliwe domki” zastąpią „plugawe rynsztoki”, a służby socjalne, kościół oraz szkoła „zapobiegną uleganiu słabościom przez rodziców oraz porzucaniu dzieci”. W ramach programu każda rodzina miała mieć zapewnioną prywatność i niezależność, odstępowano w ten sposób od koncepcji kolektywizmu, którego reżym pragnął uniknąć za każdą cenę. „Prywatność życia rodzinnego domaga się schronienia, odosobnienia, wymaga oddzielnych domów” – twierdził portugalski premier Salazar. Architektura miała więc odzwierciedlać rzekome cechy narodowe prostych, tradycyjnych i skromnych rodzin portugalskich. „Niestety nie interesują nas ogromne zespoły mieszkaniowe dla robotników, z restauracjami i wspólnymi jadalniami. Służą one tylko przypadkowym spotkaniom, pół-koczowniczym już przedstawicielom dzisiejszej wyższej cywilizacji”.

Lecz jeśli słowa te zdają się wskazywać, że osiedla mają stanowić schronienie dla duszy, stojący za nimi program wychowawczy, którym objęto rodziny, wkrótce pokazał, że architektura postrzegana była jako fabryka dusz. Rodziny musiały trzymać się ścisłych zasad postępowania w domu i jego okolicy w ramach moralnej i oczyszczającej edukacji, a ich postępy oceniano, aby ukazać „polepszenie warunków socjalnych, ekonomicznych, technicznych i moralnych jako instrument wspierania instytucji rodziny i utrzymania porządku społecznego, jako główny element dalekosiężnej i dobrej zmiany na przyszłość”.

Traktowanie społeczeństwa jako organizmu, który może i powinien być uleczony przed państwowych wychowawców, zakładało wykorzystanie architektury jako jednego z wiodących narzędzi do operacji na tkance społecznej. W tym sensie projekt urbanistyczny to nie tylko interwencja w przestrzeni, ale też symboliczna rekonfiguracja oraz produkcja nowych społecznych podmiotowości. Wierzono, że zmiana warunków mieszkaniowych pomoże programom interwencyjnym nakierowanym na eliminację wykluczenia i ubóstwa wprowadzić dyscyplinę do życia osób nimi objętych, a więc będzie fabryką nowych obywateli.

 

3. Heterotopia

Mimo znacznego sukcesu tych osiedli, nędzne warunki życia na prowincji oraz przemysłowy boom w Lizbonie w latach 50. sprawił, że w mieście zaczęła tykać bomba zegarowa, a władze stolicy szacowały, że ponad 150 tys. rodzin żyje w opłakanych warunkach. Model socjalny zakazujący umieszczania zbyt dużej ilości mieszkańców w jednym miejscu nie był opłacalny ani społecznie ani ekonomicznie, a ideologiczny strach przed kolektywnym zakwaterowaniem powoli ustępował przed racjonalnymi rozwiązaniami wobec zbliżającego się kryzysu, gdy reżym znalazł się w międzynarodowym ogniu krytyki ze względu na niechętny stosunek do sił globalizacyjnych i demokratyzujących, zarówno na terenach metropolitalnych jak i kolonialnych.

Rozwiązanie mogło kryć się w rozległym, niezurbanizowanym terenie, położonym na północ od Marvili, to w tym kierunku miasto mogło się rozrastać. Był on znany pod nazwą Olivais, ze względu na rosnące tam w wielkiej liczbie drzewa oliwne. W 1959 roku wdrożono program Mieszkania do wynajęcia w przystępnych cenach, a wraz z nim powstało Biuro Techniczne Zakwaterowania, które wytyczyły ambitny plan urbanizacyjny mający objąć w sumie 710 hektarów, mniej więcej 1/10 powierzchni całkowitej Lizbony. Młody zespół biura, w skład którego wchodzili specjaliści z różnych dziedzin – architekci, inżynierowie, historycy, ekonomiści i socjologowie, przekształcił projekt w wielkie, eksperymentalne laboratorium nowoczesnej kultury architektonicznej. Badał różne koncepcje i tworzył hybrydowe wersje zabudowań socjalnych inspirowane angielskimi i skandynawskimi New Towns, ale również dokonaniami i pomysłami spotykanymi w Ameryce Łacińskiej. Planowaniu i realizacji bezustannie towarzyszyły dogłębne socjologiczne analizy i oceny, dostarczające materiał do ciągłych przemyśleń i zmian w definiowaniu przestrzeni domowej i publicznej, sposobu, w jaki ludzie wykorzystują, zawłaszczają i przekształcają każde miejsce nadające się do zamieszkania zgodnie ze swoimi zwyczajami kulturowymi, zastrzeżeniami i aspiracjami. Pozwoliło to nie tylko na wprowadzenie wymiaru ludzkiego i społecznego do projektowania architektonicznego, ale również na krytykę kluczowych założeń reżymu autorytarnego, np. domu rodzinnego jako jądra egzystencji społecznej – zamiast tego przyjęto bardziej kosmopolityczne spojrzenie na całość miasta jako system ekologiczny – lub też tradycyjnej koncepcji jednorodnego charakteru narodowego portugalskiego „domu”, a wraz z nim określonego stylu, smaku, wizji, gospodarki domowej oraz kulturowego podziału ról.

W 1969 roku eksperyment rozszerzono, gdy biuro zwróciło się do niedawno powstałej organizacji katolickiej PRODAC (aktywna samopomoc) o zajęcie się chińską dzielnicą, skąd całkowicie miały zniknąć slumsy. Posłużyć miał temu model współuczestniczenia w procesie projektowania i samodzielnego budowania. Przez kilka miesięcy pracownicy socjalni i urbaniści prowadzili badania, sesje informacyjne, i pracowali ze społecznością, aby opracować optymalne rozwiązania, zwłaszcza w celu utrzymania istniejących więzi rodzinnych w procesie przekwaterowywania. Chińską dzielnicę ostatecznie zlikwidowano, a mieszkające tam rodziny trafiły pod opiekę PRODAC lub innych programów. Wszystkie prócz jednej. Wśród opuszczonych działek z czasem zmaga się wciąż zaniedbana buda. To mała, skromna restauracja, kiedyś położona przy ruchliwej ulicy Pateo 88, prowadzona przez panią L., która oparta o drzwi mówi: „Nigdzie się nie wybieram, to mój dom”. W dali widać jej męża, pasie w polu 80 kóz, które nocują za domem. „Tak jak było, było dobrze. Czym miałabym się zajmować w nowym domu? Powiązania, które tu mieliśmy, przepadły. Mogę uprawiać warzywa, on może paść kozy. Kto mi powie, że tam żyją lepiej niż my?

 

 

4. Retrotopia

Szybki spacer po Starej Marvili ukazuje ruiny przeszłości, ale rzuca też nieco światła na najbliższą przyszłość. W trakcie niedawnego, poważnego kryzysu ekonomicznego gmina Lizbona przyjęła dominującą narrację, według której katalizatorem i motorem regeneracji terenów poindustrialnych ma być przemysł kreatywny. Opuszczone fabryki i magazyny Marvili zostały oczywiście przekształcone w centra kreatywne, przestrzenie coworkingowe, inkubatory startupów, Fab Laby, funkcjonujące obok hipsterskich lokali, takich jak np. browary rzemieślnicze czy restauracje etniczne. Marvila w szybkim tempie zmienia się więc w laboratorium, gdzie testuje się wszystkie głoszone dzisiaj hasła dotyczące odnowy miast, idealizowana jako zrównoważone, zielone, eleganckie, kreatywne i prężne miasto. Proponuje wizję, w której wszystkie procesy rozwoju środowiskowego, społecznego, kulturowego i ekonomicznego będą w stanie wzmocnić lokalne tożsamości, dodać mocy społecznościom i wspierać społeczną spójność.

Na ironię losu zakrawa, że kwestie związane z migracją z terenów wiejskich do osiedli miejskich, przez lata uważane za zagrożenie dla zdrowia i moralności, poddawane są teraz ponownej ocenie i przewartościowywane – uregulowano kwestię kolektywnych miejskich ogrodów i są plany, żeby je dalej rozwijać, założono organiczną winnicę, która ma przypominać o okresie świetności przemysłu winiarskiego, projektowane są ogromne pasy zieleni skupione wokół Marvili. W tym samym duchu narracja przemysłu kreatywnego stara się odtworzyć romantyczny obraz dynamicznego życia w dzielnicy rozkwitu przemysłowego. Czy po erze niezrealizowanych utopii przyszłością tego terenu ma być retrotopia, plan ożywienia miejsca uwzględniający jego przeszłość?

Nawiązując do kontekstu dawnych fabryk nowa wizja przynosi nową ekonomię, nowych przybyszy, mieszkańców, bohaterów, przedsiębiorców i profesjonalistów, nowe obrazy i nowe przestrzenie do pracy, mieszkania i miejsca rekreacji. Nie przypadkiem Renzo Piano, włoski architekt, zdobywca Nagrody Pritzkera, zaproponował wybudowanie w Marvili nowego osiedla Silver Arm, mającego uhonorować przemysłową przeszłość terenu – zespół 12 budynków, które widziane z góry przypominać będą wielką fabrykę. Inspiracją dla projektu była fabryka Braço de Prata, wzniesiona w 1904 roku, produkująca broń i inne materiały wojenne. Osiedle zaprojektowane przez Piano, o wartości 450 mil euro, ma przybrać formę mikroświata z lokalami mieszkalnymi, restauracjami, miejscami rekreacyjnymi, ogrodami, szkołami, a wszystko to na wzór naturalnej przestrzeni, bez luksusów, jak w przeszłości. Ma to być osiedle, w którym „mieszkają normalni ludzie”. Cena wahają się od 400 tysięcy do 2,7 milionów euro. Zupełnie przypadkowo w sąsiedztwie właściwej fabryki Braço de Prata od 10 lat znajduje się siedziba znanej choć nielegalnej instytucji kulturalnej, w której co miesiąc odbywa się 60 koncertów, a jednocześnie 7 wystaw, a także ceniona księgarnia filozoficzna. Bo utopie i heterotopie zwykle egzystują ramię w ramię.

Nie ma to jednak większego znaczenia dla starych mieszkańców – tych, których wciąż stać na życie po tej stronie muru berlińskiego. Oferta kulturalna niespecjalnie do nich przemawia, nie podobają im się nowe, wymyślne restauracje i alternatywne sklepy. Wielu z nich tęskni za starymi tascas, barami, aptekami, rzeźnikami, urzędami pocztowymi, które znikły, gdy minęło ożywienie przemysłowe. Twierdzą, że przyszłość w Marvili rysuje się pomyślnie jedynie dla „właścicieli domów, którzy będą podnosić czynsz”, a także dla „wariatów gotowych zapłacić pół miliona euro za kawalerkę”. Ich własna przyszłość będzie się rozgrywać daleko stąd. Dobrze wiedzą, co dzieje się z innymi gentryfikowanymi osiedlami, codziennie słyszą historie o ludziach, którzy musieli opuścić mieszkania, bo nie było ich już na nie stać. Niektórzy chcieliby wrócić do korzeni, przy odrobinie szczęścia zachowali kawałek ziemi i niewielki murowany domek. Inni nie wiedzą, co będzie. Jednego są pewni – nowa Marvila nie jest dla nich.

i Polskie tłumaczenie dzieła Howarda, pt. Miasta-ogrody jutra, ukazało się nakładem Fundacji Centrum Architektury we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku, tłum. M. Trykozko, Warszawa / Gdańsk 2015 (przyp. tłum.).